Harcerstwo Polskie - Hufce Polskie

Relacja ks. phm Mariana Sedlaczka

ks. phm Marian Sedlaczek

Wstąpienie do 2 WDH (HP)

Po śmierci ojca w Oświęcimiu 3-go sierpnia 1941 r., na początku roku szkolnego (we wrześniu) mama powiedziała mi kilka słów o organizacjach konspiracyjnych. Dodała, że byłoby dobrze byśmy - mój brat bliźniak Staszek i ja - odwiedzili p. Halinę Sadkowską, dentystkę, u której leczył się ojciec. Udaliśmy się pod wskazany adres. Pani Halina S. umówiła nas na spotkanie ze swoim synem, Witoldem, w ich mieszkaniu. Witold opowiedział nam o 2 WDH i poinformował, że właśnie tworzy się nowy zastęp. Mój brat i ja w grudniu 1941 r. kończyliśmy 15 lat. Wkrótce spotkaliśmy się, chyba ponownie w mieszkaniu pp. Sadkowskich, z chłopcami mającymi utworzyć ów zastęp. Później dowiedziałem się, że byliśmy pierwszym zastępem 2 WDH, powstałym w warunkach konspiracyjnych, złożonym z chłopców, którzy przed wojną nie byli harcerzami. Byli to: Andrzej Małachowski, Kamil Braun, mój brat Stanisław i ja. Jako zastępowego przydzielono nam Michała Mirskiego z przedwojennej 2 WDH. Przyjęliśmy nazwę "Żubry". Zaczęły się regularne zbiórki tygodniowe, z programem przygotowującym do próby na stopień młodzika. Dowiedzieliśmy się, że Witold Sadkowski jest drużynowym. Przyrzeczenie harcerskie po zdobyciu stopnia młodzika składaliśmy, chyba na wiosnę 1942r., w mieszkaniu pp. Sadkowskich. Kolejnymi zastępowymi "Żubrów" byli: Krzysztof Mirski i Stefan Iwiński. Ten ostatni latem 1942 był z "Żubrami" w komplecie na obozie pod namiotami w Śródborowie. Wkrótce drużynowym 2 WDH został Staszek Dobrowolski, a komendantem obozu - Zbyszek Fallenbüchl. W następnym, 1943 roku, w Chylicach komendantem obozu pod namiotami był Staszek Dobrowolski. Oba obozy były zorganizowane jako część kolonii RGO dla dzieci i młodzieży. Kierowniczka kolonii była wtajemniczona. Młodzież z innych grup kolonii, ulokowana w budynku, mówiła czasami: "Ci pod namiotami to na pewno harcerze, jaki u nich porządek!" Kolonię w Chylicach wizytował kierownik sekcji RGO dla wysiedlonych, mec. Jan Tłuchowski. Dowiedziawszy się, że wychowawca grupy pod namiotami pracuje honorowo, polecił, by i on otrzymał wynagrodzenie. Staszek Dobrowolski opowiadał potem, że pierwszy raz zapłacono mu za prowadzenie obozu.

Po obozie w Chylicach, z początkiem roku szkolnego 1943/44, podzielono 2 WDH na dwie drużyny: Amarantową i Błękitną. Zbyszek Fallenbüchl, który po Staszku Dobrowolskim był drużynowym 2 WDH teraz został komendantem hufca Śródmieście, a drużynowymi "Amarantowej" -Andrzej Małachowski, "Błękitnej" - ja. Równocześnie rozpoczął się kurs podharcmistrzowski i prowadzony przez instruktora z NOW kurs podoficerski dla sekcji złożonej z członków byłego zastępu "Żubrów" oraz Zbyszka N., zwanego "Pytkiem" ("Pytek" w Powstaniu nie brał udziału, wydaje mi się, że wybuch Powstania zastał go poza Warszawą).

Tradycja podziału 2 WDH na "Amarantową" i "Błękitną" pochodzi z okresu przedwojennego, kiedy to pod wpływem dużego napływu chłopców dzieliła się niekiedy, chcąc zachować stary rodowód i tradycję "Dwójki" powstałej w 1911 roku.

Zastępowy

W zastępie "Żubrów" zdobyłem wraz z innymi kolejne stopnie: wywiadowcy, ćwika i nowoutworzony w HP stopień pioniera. Przypuszczam, że dodano go po to, by każdej z czterech klas gimnazjalnych odpowiadał jeden stopień, zdobywany w zasadzie przez jeden rok szkolny, a dwu klasom licealnym - stopnie harcerza orlego i harcerza Rzeczypospolitej. Przeszliśmy też razem kurs zastępowych, chyba na wiosnę 1943 r. Drużynowym był wtedy Zbyszek Fallenbüchl. Zaraz po tym kursie objąłem świeżo zwerbowany zastęp. Nie pamiętam, jaką przyjął nazwę, a spośród chłopców pamiętam tylko Jacka Urbańczyka-Zajączkowskiego1Jacek Urbańczyk-Ząjączkowski, ps. "Hooling" podaje w swojej relacji, że zastęp ten miał nazwę "Wydry". (Red.), u którego odbywały się zbiórki, i który przypomniał mi się po wojnie. We wrześniu 1943 r. zastęp przekazałem komuś innemu, gdy sam zostałem mianowany drużynowym 2 WDH "Błękitnej". Brat mój, Stanisław został zastępowym najstarszego wiekiem zastępu "Błękitnej". Jego chłopcy przyjęli pseudonimy z Trylogii: "Zagłoba", "Wołodyjowski", "Ketling", ale także należał do niego "Madziar" - Ryszard Ludwig i "Ikar" - Jan Dąbrowski, który zginął w Powstaniu.

Przed zakończeniem kursu zastępowych, drużynowy polecił każdemu z nas wybrać jakiś dział z programów na stopnie harcerskie jako specjalizację, by móc potem pomagać w różnych zastępach w przygotowywaniu się do prób w danym zakresie. Pamiętam, że Andrzej Małachowski wybrał "wychowanie narodowe", a ja - "wychowanie harcerskie". Inni wybrali działy techniczne: samarytankę, pionierkę, łączność itp. Przygotowałem wówczas cykl około sześciu prelekcji. Wkuwałem je na pamięć przed ich wygłaszaniem. Takie były początki mego zaprawiania się do przemawiania przed publicznością. Owo pamięciowe opanowanie całych referatów przydało mi się po wojnie, gdy w 1945 r. przygotowywałem się w Lubece koło Hamburga do matury, prowadziłem równocześnie krąg starszoharcerski, a potem byłem komendantem hufca "Lubeka".

Pisywałem także do miesięcznika dla zastępowych "W Kręgu Rady", wydawanego przez Komendę Chorągwi "Kresowej" w Lubece. Wydrukowano w nim m.in. mój artykuł p.t. "Geneza skautingu i harcerstwa", który był odtworzeniem z pamięci jednej z prelekcji przygotowanych po kursie zastępowych. Spodobał się on hm. Kazimierzowi Burmajstrowi, ówczesnemu Komendantowi Głównemu Harcerzy w Niemczech (Komenda Główna mieściła się w Maczkowie (Meppen) nad granicą holenderską). Poznałem tam hm Irenę Mydlarzową, Komendantkę Główną Harcerek. Od Kazika dowiedziałem się, że dziwiła się, iż w tak młodym wieku jestem już podharcmistrzem. Powiedział on jej: "Młody, ale patrz, jakie artykuły pisze!"

W pierwszych miesiącach po wojnie nie mieliśmy w Niemczech żadnych polskich książek, ani dostępu do jakiejkolwiek polskiej literatury. Jedyną "bibliotekę" stanowiła własna pamięć. Dobrze ją zaopatrzyłem po kursie dla zastępowych. Owa konieczność przemawiania na zbiórkach zastępów, a także - w Lubece - przy ogniskach i na kursach, przydała mi się potem w seminarium duchownym, na ćwiczeniach głoszenia kazań. To, co koledzy zaczynali wówczas dopiero poznawać i w tym się zaprawiać, ja miałem już dawno poza sobą. Nic też dziwnego, że profesor homiletyki podziwiał moją łatwość.

Obozy pod namiotami. Roztropność

Jeszcze kilka wspomnień z obozów w 1942 i w 1943 r. Nie słyszałem, żeby w czasie okupacji jakaś inna drużyna harcerska przeprowadziła obóz pod namiotami dla chłopców czternaste - szesnastoletnich, z pełnym programem obozowym, pionierki, służbowej dyscypliny, trzymania warty, alarmów nocnych, wieczornych ognisk, itd. Jedyną różnicą z obozami sprzed wojny były cywilne ubrania zamiast mundurów i brak flagi na maszcie.2Obóz w Śródborowie zorganizowała także 8 WDH. (Red.) Niektórzy na wesoło proponowali udzielenie dyspensy od palenia papierosów dla uniknięcia dekonspiracji, gdy pewnego razu urzędowa kontrola sanitarna poczęstowała kogoś ze starszyzny papierosem, a on odmówił. Na obozach uczestniczyliśmy w przeróżnych ćwiczeniach, np. w Chylicach odbył się całodzienny marsz na trasie 30 km. Pamiętam, że Jurka Świderskiego (był najmłodszy) na ostatnich kilometrach ciągnęliśmy za ręce, bo już nie chciał iść. Udział w obozach odbywał się oczywiście za zgodą rodziców. Musieli przecież wiedzieć, gdzie ich syn będzie przebywał przez cztery tygodnie. Wiedzieli, że należy do tajnego harcerstwa. Jedni bali się bardziej, inni mniej.3Członek zastępu "Lampartów" Krzysztof Eychler mógł przyjechać na ten obóz tylko na dwie doby, gdyż jego rodzice bali się go wypuścić na dłużej. (Red.) Bywało, że w jednej rodzinie matka wiedziała o wszystkim, a ojciec -nie wiedział nic. Gdy byłem już drużynowym "Błękitnej", zdarzyło się, że harcerz werbujący nowego kandydata poprosił, bym odwiedził rodzinę tego chłopca. Rodzice bali się. Mówili: byle co i może być jakaś wpadka. Odpowiedziałem owej mamie: "Nie upilnuje pani syna, aby nie działał w jakiejś organizacji. Ma więc pani do wyboru: albo syn, za zgodą pani, będzie w takiej organizacji, w której pani będzie znała jego bezpośredniego przełożonego, tzn. mnie, i będzie pani wiedziała co przełożony syna myśli, będzie pani mogła służyć mu swoją radą, zachęcić do roztropności, mieć z nim kontakt, albo syn zostanie zwerbowany do organizacji, w której będzie konspirował się nawet przed panią. Nie uchowa się tak, żeby nigdzie nie należał." No i mama uznała słuszność tych argumentów. Bowiem w HP chodziło nam rzeczywiście o działalność wychowawczą, o to, by chłopcom dawać przeżycia, ale by za nie nie musieli płacić życiem. Byłaby to stawka nieproporcjonalnie wysoka. Mając 16 - 17 lat nie cierpiałem fanfaronady, nieprzemyślanej brawury, narażania się, by zaimponować.

Pamiętam, jak zwymyślałem Andrzejka Ostrowskiego za przyniesienie na zbiórkę pistoletu-straszaka. Odebrałem mu go i sam odniosłem do jego domu. Andrzejek był niepoczytalny w swej lekkomyślności. Szliśmy kiedyś razem ulicą. Z daleka spostrzegłem patrol niemiecki kontrolujący przechodniów. Zapytałem Andrzejka: "Masz coś?" Byłby czas jeszcze wejść do bramy. Odpowiedział: "Nic". Poszliśmy więc przed siebie. Patrol nas zatrzymał, obmacał kieszenie i puścił wolno. W owym czasie przez obmacanie kontrolowali tylko, czy ktoś nie ma broni. Po kilku krokach Andrzejek powiedział mi: wiesz, mam gazetki. Gdyby Niemcom chciało się dokładniej sprawdzić zawartość kieszeni, zapłacilibyśmy za to obaj.

Młodzież jest beztroska i nieroztropna. Często trzeba ją bronić przed nią samą. Na początku Powstania zdarzyło się, że otrzymałem polecenie ściągnięcia z przedpola, pod osłoną nocy, ciała zabitego gońca. Zginął niepotrzebnie. Mógł pobiec okrężną drogą, za zasłoną. Pobiegł na przełaj, na wprost, przez otwartą przestrzeń. No i ustrzelili go. Meldunku nie doniósł, musiał to zrobić drugi goniec, a ponadto ktoś musiał narazić się, by ściągnąć jego ciało. Było mi równocześnie żal zabitego chłopaka i byłem zły za jego lekkomyślność. Podobnie wydawało mi się, że ofiara Kamila Brauna przed Powstaniem była niepotrzebna. Rwał się, by sobie postrzelać i ten zapał przepłacił życiem.4Kamil Braun przed Powstaniem przeniósł się do Szarych Szeregów i został postrzelony w jakiejś potyczce. Zmarł w szpitalu w pierwszych dniach Powstania. (Red.)

Zajęcia na terenie miasta i poza Warszawą

Do wspomnień z życia 2 WDH pod okupacją należą jeszcze zakonspirowane defilady w dniach Święta 3-go Maja. Dwukrotnie szedłem w takiej defiladzie, a 3-go Maja 1944 r. byłem jej organizatorem. Chłopców z 2 WDH "Błękitnej" rozstawiłem po dwóch w wyznaczonych bramach domów przy Krakowskim Przedmieściu i Nowym Świecie. O oznaczonej godzinie mieli opuścić bramy i iść dwójkami trotuarem po stronie wschodniej, w kierunku Alej Jerozolimskich. Wiedzieli, że odbierający defiladę będzie stał na przystanku po przeciwnej stronie, przed Alejami Jerozolimskimi, więc przechodząc na tamtym odcinku powinni głowy zwrócić w prawo. Nie pamiętam, kto odbierał tę defiladę, najprawdopodobniej komendant hufca. Chwilę po godzinie wyznaczonej na opuszczenie bram i rozpoczęcie marszu, wsiadłem do tramwaju i przejechałem Krakowskim Przedmieściem i Nowym Światem w kierunku Alej Jerozolimskich, rozpoznając wśród przechodniów dwójki moich chłopców idących w przewidzianych odstępach i z wyznaczoną szybkością, choć nawzajem się nie widzących.

Często odbywały się zakonspirowane gry - ćwiczenia na terenie miasta, lub poza Warszawą. Przeważnie brały w nich udział dwie nieznające się drużyny (znakiem rozpoznawczym była np. gazeta zwinięta w rurkę i trzymana w prawej ręce). Pewnego dnia, pod wieczór, systemem alarmowym został zebrany cały hufiec Śródmieście. Na miejscach zbiórek zastępów podano nam treść ćwiczenia: "szpieg" o podanym rysopisie w określonych godzinach przeprawia się w granicach Warszawy z prawego brzegu Wisły na lewy. Może posłużyć się wszystkimi dostępnymi środkami, w praktyce: pieszo przez mosty, w zatłoczonych w tym czasie tramwajach, kolejką śródmiejską z Warszawy Wschodniej do Warszawy Głównej (obecnie Centralnej). Dworców: Stadion, Powiśle, Śródmieście wówczas nie było. Zastępy obstawiły wyjścia mostów, dworca i kontrolowały zatłoczone tramwaje. Mnie z wielu innymi przypadło to ostatnie zadanie. Przejeżdżaliśmy mostem Kierbedzia (dziś Śląsko-Dąbrowskim) na Pragę, i tu wsiadaliśmy do poszczególnych wozów nadjeżdżających tramwajów. Podczas przejazdów przez most przeciskaliśmy się do przedniego wyjścia, rozglądając się, czy nie zauważymy "szpiega" o podanym rysopisie. I tak "w kółko", przez wyznaczony czas, chyba przez dwie godziny. Na najbliższej zbiórce po tej grze dowiedzieliśmy się, że "szpieg" zwyciężył. Przejechał kolejką podmiejską i przeszedł kilka metrów obok chłopców stojących przy jednym z wyjść dworca. On ich rozpoznał, oni jego nie. Gra między innymi pozwoliła sprawdzić sprawność systemu alarmowego. Jeśli się nie mylę, "szpiegiem" był Staszek Dobrowolski.

Od wstąpienia do drużyny, aż do rozpoczęcia kursu zastępowych, było nam wciąż za mało zajęć. Pragnęliśmy mieć więcej zbiórek, gier, ćwiczeń. Wówczas powierzano nam roznoszenie prasy konspiracyjnej pod wskazane adresy z umówionym hasłem. W ten sposób poznałem hm Stefana Marczuka (wówczas nie wiedziałem, że jest harcmistrzem), Tadeusza Górczyńskiego, hm Zdzisława Szczepańskiego - i innych, których nazwisk nie pamiętam. Później, gdy zostałem zastępowym, a zwłaszcza po objęciu drużyny, nigdy już nie miałem za wiele wolnego czasu.

W pewnym okresie sporo czasu zabierało nam obserwowanie i notowanie znaków na wojskowych samochodach niemieckich, oczywiście w ściśle określonych godzinach i na wyznaczonym odcinku. Meldunki z tych obserwacji miały służyć do ustalania przemieszczeń niemieckich jednostek wojskowych. Kiedy indziej dostawaliśmy do rozklejania ulotki propagandowo - patriotyczne. Jedni okazywali w tym dużo zapału, innym mniej to odpowiadało.

Nauka szkolna

W pierwszej połowie 1940 roku istniały jeszcze w Generalnej Guberni szkoły średnie ogólnokształcące, jednak już od września były otwarte jedynie szkoły zawodowe, w których nie było wolno nauczać przedmiotów ogólnokształcących. Był język polski, ale z zakazem nauczania literatury. Program obejmował naukę korespondencji handlowej. W zamiarach Niemców było wyeliminowanie w dalszej perspektywie polskiej inteligencji. Wbrew tym zakazom, w szkole inż. St. Wiśniewskiego, po przerobieniu kilku lekcji korespondencji handlowej i zaprowadzeniu zeszytów, polonista uczył nielegalnie we wszystkich klasach języka polskiego oraz historii według programu gimnazjalnego. Jakoś Niemcy nie mieli czasu na dokładne kontrolowanie lekcji w tych szkołach.

Po ukończeniu szkoły powszechnej (podstawowej) można było uczyć się właśnie w takiej szkole zawodowej, albo być oficjalnie zaangażowanym w jakimś zakładzie pracy. W przeciwnym wypadku ryzykowało się wysyłkę do pracy w Niemczech. Ojciec nasz znał inż. St. Wiśniewskiego, dyrektora trzyletniej, zawodowej szkoły rolniczej, więc mego brata i mnie zapisał do niej. Początkowo placówka ta mieściła się przy ul. Pankiewicza, na wprost dworca, potem została przeniesiona na Złotą.

Po śmierci ojca, wychowawczyni klasy i profesorka matematyki p. Makowska, zachęciła mnie do udzielania korepetycji uczniom, którzy przybyli do szkoły z pewnymi lukami w nauce, ale byli pracowici, a których rodzicom dobrze się powodziło, jako zarządcom majątków rolnych. Obliczyłem, że przez kilka godzin korepetycji w tygodniu zarabiałem miesięcznie więcej niż wynosiła miesięczna pensja ojca w S.K.S.S. przed jego aresztowaniem w maju 1941 r. W ten sposób mogłem pomagać mamie w prowadzeniu domu. W czerwcu 1943 r. skończyłem ową szkołę zawodową. Równocześnie przez cały rok szkolny 1942/43, wraz z mym bratem Stanisławem, uczyliśmy się prywatnie łaciny u p. Zofii Cierniakowej. Na zakończenie zdaliśmy egzamin z zakresu klas I - IV gimnazjum przed profesorem łaciny z Gimnazjum i Liceum im. św. Stanisława Kostki. Zostaliśmy przyjęci na komplety do I klasy liceum typu matematyczno-fizycznego, prowadzone przez profesorów tego liceum. Wybraliśmy typ matematyczno-fizyczny, sądząc, że łatwiej zdamy matury, gdyż byliśmy silni w przedmiotach matematyczno-przyrodniczych, a słabsi w humanistycznych.

Żal mi jednak było porzucić łacinę zdobytą intensywną pracą w ostatnim roku, więc nadobowiązkowo uczyłem się jej w klasie humanistycznej tegoż liceum.

Z początkiem roku szkolnego 1943/44 zmieniłem szkołę. Równocześnie zostałem mianowany drużynowym 2 WDH "Błękitnej" oraz otrzymałem przydział na kurs podharcmistrzowski, a także na kurs podoficerski w NOW. Czas w tym roku szkolnym miałem więc wypełniony zajęciami maksymalnie.

Drużynowy 2 WDH "Błękitnej" i drużyna w 1943/44 r.

Nie pamiętam ilu chłopców (ok. 30)5Na pewno było więcej. Kiedy Staszek Dobrowolski zdawał drużynę liczyła ok. 120 chłopców. (Red.) i ile zastępów liczyła 2 WDH "Błękitna", gdy zostałem jej drużynowym na początku roku szkolnego 1943/44. Sam prowadziłem zastęp zastępowych, raz po raz wizytowałem zbiórki poszczególnych zastępów odbywające się zasadniczo raz w tygodniu. Czasem były "imprezy", na których zbierała się cała drużyna. Jedną z takich "imprez" było składanie przyrzeczenia harcerskiego. Odbyło się ono w 1943 r. na boisku jakiejś szkoły na Powiślu, przy jednej z bocznych ulic od ulicy Dobrej. Byli na nim obecni instruktorzy z kierownictwa HP.

Spośród chłopców z zastępu zastępowych zapamiętałem: Marka Jarosza, Krzysztofa Eychlera, Jurka Świderskiego, Bohdana Szonerta, Andrzeja Ostrowskiego, Sławka Piaseckiego, Tomka Młynarskiego.6Był jeszcze Lucjan Krauze, ps. "Leonidas", Przemek Czerski i Henio Samsonowicz. (Red.) Ci z nich, którzy byli na obozie w Chylicach, tworzyli zastęp "Lampartów", któremu przewodził Kamil Braun7Zastępowym zastępu "Lampartów" w 2 WDH "Błękitnej" był najpierw Michał Mirski (1943 r.) (Red.). Nie pamiętam, czy wszyscy z zastępu zastępowych od razu prowadzili własne zastępy. Byli wśród nich chłopcy o różnych temperamentach i zdolnościach przywódczych. Jednemu czy drugiemu trudno było poradzić sobie z własnym zastępem, za to innych rozsadzała chęć działania. Dlatego po pewnym czasie utworzyłem dwie grupy. Jednej przewodził Marek Jarosz, a drugiej Krzysztof Eychler. Oprócz własnego zastępu, każdy z nich miał prawo wglądu w życie zastępów swej grupy, by służyć im pomocą. Oddzielną pozycję stanowił zastęp mego brata Stanisława, złożony z chłopców przewyższających wiekiem pozostałych.

Na wiosnę 1944 r. drużyna otrzymywała z komendy Hufca zlecenia na przeprowadzenie wstępnych zadań wywiadowczych. Przynosił je Fredek Aulich, starszy harcerz z 2 WDH, wyznaczony do tej funkcji przez Zbyszka Fallenbüchla, wówczas komendanta hufca.

Fredek Aulich zginął w Powstaniu na Starym Mieście na początku sierpnia, gdy przenosił na noszach rannego w nogi Janusza "Grajka" z płonącego szpitala na kwaterę Kompanii Harcerskiej. Został ugodzony odłamkiem pocisku z broni stromotorowej. Razem z Tadeuszem Górczyńskim zgłosiłem się na ochotnika, by przynieść jego ciało. Potem razem udaliśmy się jeszcze do pobliskiego zakładu pogrzebowego po trumnę dla Fredka, wyszukując trumnę odpowiednich rozmiarów. Tadeusz żartował, że od razu musi też znaleźć jakąś dla siebie, bo on do pierwszej lepszej się nie zmieści - był dobrze zbudowany i wysokiego wzrostu.

Początkowo otrzymywane od Fredka zlecenia sam rozdzielałem na poszczególne zastępy, zbierałem ich meldunki i przekazywałem je Fredkowi. Było jednak tego tak dużo, że szybko zorientowałem się, iż czasu mi nie starcza, by samemu sprawnie to realizować. Zadanie to, na terenie całej "Błękitnej" zleciłem więc Markowi Jaroszowi, sam zaś informowałem się jedynie od czasu do czasu, jak ta akcja przebiega. Marek dobrze sobie radził.

Sposoby prowadzenia drużyn: "Amarantowej" i "Błękitnej" były odmienne. Andrzej Małachowski kierował swoją z właściwą sobie fantazją. Werbował bez większego rozeznania na początku i potem łatwo zwalniał. Podśmiewaliśmy się, że "Amarantowa", to drużyna przechodnia, drużyna tramwaj: zawsze zapełniony, ale na przystankach pasażerowie wymieniają się. W "Błękitnej" starałem się o pewną selekcję już przy werbowaniu, byliśmy więc mniej liczni.

Wychowanie religijne w drużynie

Wkrótce po objęciu przeze mnie drużyny, Zbyszek Fallenbüchl poszedł ze mną do księdza przy parafii Wszystkich Świętych, będącego kapelanem 2 WDH, aby mnie przedstawić. Nie zapamiętałem jego nazwiska. Już po wojnie Krzysztof Eychler powiedział mi, że był to zapewne ks. Adam Hofman.8Drużynowy 2 WDH Stanisław Dobrowolski twierdzi, że kapelanem 2 WDH był z całą pewnością ksiądz "Michał" mieszkający u sióstr przy ul. Rakowieckiej 21. Ksiądz Hofman był katechetą w Gimnazjum im J. Zamoyskiego.( Red.) Rozmawialiśmy o współpracy i o tym, czego od niego oczekujemy. Ksiądz studiował chyba psychologię, bo zademonstrował nam kilka testów psychologicznych.

W 2 WDH mieliśmy zasadę, że kapelan prowadzi wychowanie religijne i przekazuje wiadomości religijne wymagane przez program na poszczególne stopnie w zastępie zastępowych, ale w poszczególnych zastępach robią to sami zastępowi. Do młodszego chłopca silniej trafiały myśli i refleksje np. o modlitwie czy sakramentach, wypowiadane przez kolegę o rok, dwa starszego, który mu imponował, aniżeli gdy czynił to ksiądz, który "z urzędu" powinien tak mówić. Gdy zdarzało się, że kapelan nie miał czasu, prowadziłem wychowanie religijne osobiście.

Na stopień ćwika była wymagana umiejętność służenia do mszy św. Wiązało się to nie tylko ze znajomością kolejnych czynności, ale i ministrantury w języku łacińskim. Nigdy wcześniej nie byłem ministrantem. W ramach przygotowania się do próby na stopień ćwika, jeździłem ze swym bratem Stanisławem chyba gdzieś na Czerniaków, by zaprawiać się w służeniu do mszy św. księdzu mającemu kontakt z 2 WDH. Dopiero potem zacząłem usługiwać w kościele św. Antoniego, naprzeciwko naszego mieszkania przy ul. Senatorskiej. Myślę, że gdyby nie wymagania programowe na stopień ćwika, nigdy nie byłbym ministrantem.

W wychodzącym na powielaczu "Harcerzu" i w programach prób zachęcano nas do codziennej lektury Ewangelii. Pamiętam, że zastanawiałem się wówczas nad celowością takiego czytania "w kółko". Przecież treść znałem już doskonale. Ledwie na mszy św. w niedzielę ksiądz przeczytał pierwsze zdania, już wiedziałem, co będzie dalej. By spełnić słowa zachęty, a przeczytać coś nowego, przeczytałem opracowanie "Cztery Ewangelie w jednej". Jakoś wówczas nikt mi nie wyjaśnił, że Pisma świętego nie czyta się tak, jak inne książki. Zrozumiałem to dopiero po wojnie. Żadnej powieści nie czytywałem dwukrotnie. Jeśli była ciekawa, niektóre tylko urywki czytałem powtórnie. Zrozumiałem, że Ewangelii nie czyta się dla zaspokojenia ciekawości. W powieściach interesują nas akcja i losy bohaterów. Czytelnik jest jakby widzem w teatrze lub w kinie. Natomiast akcja rozwijająca się w Ewangelii jest mi z góry znana. Przy powtórnym czytaniu mam być jednak nie widzem, a uczestnikiem tej akcji. Chodzi nie o zaspokojenie ciekawości, lecz o własną życiową odpowiedź na to, co przeczytałem. O odpowiedź realną, uwzględniającą sytuację, w jakiej się znajduję. Tego jednak nikt w 2 WDH mi nie powiedział.

W wychowaniu religijnym ogromną rolę odgrywa przykład rówieśników i nieco starszych kolegów. Zwłaszcza w wieku młodzieńczym. Wpływ środowiska młodzieżowego jest często o wiele silniejszy niż wpływ rodziny. Roztropni rodzice powinni starać się więc o wprowadzenie swych dzieci wkraczających w ten wiek do właściwego środowiska. Jednym z nich może być dobrze prowadzona drużyna harcerska.

Tradycją w HP były wspólne rekolekcje wielkopostne dla starszych harcerzy i instruktorów. Te, w których brałem udział, prowadził O. Tomasz Rostworowski. Dwukrotnie były to rekolekcje "otwarte" - zbieraliśmy się w kaplicy zgromadzenia sióstr przy ul. Rakowieckiej i po nauce wraz z nabożeństwem rozchodziliśmy się. W 1944 r. były to trzydniowe rekolekcje "zamknięte" na terenie szpitala Dzieciątka Jezus przy ul. Nowogrodzkiej. Nocleg i posiłki mieliśmy na miejscu. Bardzo podobał mi się sposób mówienia O. Tomasza i dobór tematów oraz ich ujęcie.

Do dziedziny wychowania religijnego należało również przekazywanie wiadomości. Odbywało się to jednak inaczej niż w szkole. Inny był program i metoda. Poruszano tematy praktyczne. Np.: "kłamstwo w pracy konspiracyjnej", "porządek miłości" i "miłość nieprzyjaciół". Przyswajanie wiadomości odbywało się mniej przez "wkuwanie", a więcej w formie ćwiczeń i gier. Miały one również być zachętą do pracy nad sobą.

Wychowanie narodowe

Mówiąc o wychowaniu narodowym trzeba umieć odróżnić ideologię od polityki. Światopogląd ma wpływ na wybór celów i środków działania, ale sam działania nie prowadzi. W 2 WDH, podobnie jak w całym HP, pragnęliśmy wychowywać dobrych Polaków, szukających szczerze dobra Polski, gotowych dla niej poświęcać swój czas, majątek, a gdy przyjdzie potrzeba, to i życie. HP nie było przedszkolem żadnej organizacji politycznej. Chciało służyć dobru całego Narodu. Wielokrotnie przy różnych okazjach słyszałem w HP, że harcerstwo jako organizacja powinno być niezależne od jakiejkolwiek partii politycznej, że powinno wychowywać młodzież dla Polski, a nie dla tej czy innej partii, lub stronnictwa. O ile więc dorośli harcerze powinni brać udział w życiu politycznym, wstępując do partii, która według najlepszego rozeznania ich sumienia, najtrafniej służy interesom całego społeczeństwa, o tyle jest pożądanym, by zajmujący w harcerstwie stanowiska kierownicze nie należeli do żadnej partii politycznej. Chodziło o jak najsilniejsze zabezpieczenie przed naciskami politycznymi w dziedzinie wychowania.

Jednym z podstawowych wymogów na stopień ćwika i pioniera było jasne zrozumienie tego, czym jest naród i państwo. Przydało mi się to potem w Senegalu, gdzie przez kilka lat powierzano mi prowadzenie lekcji wychowania obywatelskiego w Niższym Seminarium Duchownym.9Autor był misjonarzem w Afryce - w Senegalu. (Red.) Pojęcia te były bardzo niejasno przedstawione w tamtejszych podręcznikach opracowanych przez profesora uniwersytetu w Dakarze, przygotowałem więc na ten temat własny skrypt dla uczniów. Przeczytał go kolega, Senegalczyk, nauczający historii i pełen entuzjazmu zachęcił mnie do opublikowania mego tekstu. Za jego namową opracowałem dwa artykuły, które zamieścił najpoczytniejszy dziennik w Dakarze "Le Soleil".

Nigdy nie spodziewałem się, że wiadomości ze zbiórek harcerskich w Warszawie, uzupełnione w 1945 r. lekturą broszurki Stanisława Grabskiego pt. "Myśli o dziejowej drodze Polski", ofiarowanej mi przez Kazika Burmajstra, przydadzą mi się po czterdziestu latach w Afryce, a także wcześniej i później, gdy w kazaniach i konferencjach starałem się i staram wykazywać, że właściwa postawa chrześcijanina wobec Pana Boga jest czymś całkowicie odmiennym od postawy dobrego obywatela wobec państwa. Niestety wierni często przenoszą na Pana Boga postawę, jaką zajmują wobec autorytetu Państwa.

W latach siedemdziesiątych prowadziłem rekolekcje parafialne w Zielonej Górze. Po nauce na ten temat przyszedł do zakrystii jeden z obecnych prawników, by powiedzieć mi, że jest zachwycony "moją" definicją państwa - zaczerpniętą z broszurki Stanisława Grabskiego, przeczytanej w 1945 r., gdy prowadziłem krąg starszoharcerski w Lubece.

Elitarność

Sprawa ta jest jasno sprecyzowana w broszurze pt. "Harcerstwo. Zarys podstaw ideowych i organizacji. Próby" pod redakcją Stanisława Sedlaczka ("Sasa"), Lwów, 1939 (właśc. Warszawa, 1941): "Harcerstwo nie mogło i nie może być w obecnej fazie rozwoju społecznego organizacją masową. Wysokie wymagania etyczne, a ponadto wymagania pewnego zamiłowania - niejako powołania do stanu żołnierskiego sprawiają, że nie wszyscy mogą być z korzyścią członkami ruchu harcerskiego" (s. 8, wyd. londyńskiego).

Często w 2 WDH stawiano zarzut przedwojennemu ZHP przejścia (po 1931 r.) na "masówkę", kontynuowaną w latach okupacji przez "Szare Szeregi". Pod tym względem specyficzna sytuacja wytworzyła się zaraz po wojnie wśród licznej rzeszy Polaków przebywających w okupowanych przez Aliantów Niemczech. Zapewnienie dachu nad głową i wyżywienia w obozach DP, przy całkowitej bezczynności groziło demoralizacją. Jedynymi organizacjami mogącymi wówczas wyrwać młodzież z bezczynności obozowej i ustrzec ją od pijaństwa było polskie szkolnictwo i harcerstwo. W tej sytuacji umasowienie harcerstwa było uzasadnione.

Czas wydania cyt. wyżej broszury pt. "Harcerstwo..." pod redakcja "Sasa"

W książce pt. "Harcmistrz Rzeczypospolitej Stanisław Sedlaczek" autorstwa mojego i mojej siostry Wandy, napisałem, że cyt. broszura ukazała się drukiem dopiero późną jesienią roku 1941, lub nawet na początku zimy 1941/42 (s. 112). Według Staszka Dobrowolskiego, drużynowego 2 WDH, była ona rozprowadzana raczej po Nowym Roku 1942 niż pod koniec 1941 r. Jak pamiętam, po wydrukowaniu broszury zaistniała nieprzewidziana trudność natury konspiracyjnej, która opóźniła jej rozprowadzenie.10Wbrew szerzonym przez niektórych poglądom, wydanie broszury nie miało żadnego wpływu na aresztowanie Hm RP Stanisława Sedlaczka w maju 1941 r.(Red.) Oryginalny egzemplarz broszury (czyli tzw. "Sas"), wydanej podczas okupacji w Warszawie jest wyłożony w Muzeum Historycznym Warszawy na Starym Rynku, w sali nr 56-57 - "Młodzież w walce z okupantem 1939 – 44". Egzemplarz ten został sfotografowany w roku 1958 i film przewieziony przeze mnie do Francji, a następnie do Londynu. Przekazałem go przewodniczącemu Harcerskiej Komisji Historycznej Hm RP Henrykowi Glassowi, który spowodował wydanie jej w ilości 200 egzemplarzy. Niestety w przedmowie do tego wydania jest wiele nieścisłości, a w samej treści dość liczne błędy.

Program prób na stopnie zamieszczony w "Sasie" był w praktyce stosowany bardzo krótko, może niecały rok. Bardzo szybko ukazał się nowy program, napisany na maszynie i wydany na powielaczu. Nie wiem, co było przyczyną tej zmiany. Nowy program był stosowany aż do Powstania Warszawskiego. "Sas" pozostał jednak podstawowym źródłem wiedzy o podstawach ideowych i organizacji HP opracowanych przez jego założycieli.

Spotkanie z cichociemnym hm Tadeuszem Chciukiem - Celtem

Na wiosnę 1944 r. komendant hufca Zbyszek Fallenbüchl wyraził chęć przybycia na zbiórkę zastępu 2 WDH "Błękitnej" w towarzystwie kuriera z Londynu, pragnącego zobaczyć zwykłą zbiórkę zastępu HP. Wybrałem zastęp "Jaguarów" Marka Jarosza, podałem adres, dzień i godzinę. Markowi powiedziałem jedynie, że na ową zbiórkę przyjdę z dwoma druhami, którzy chcą się przyjrzeć, jak zbiórkę prowadzi. Przez cały czas jej trwania obaj nie odzywali się. Wkrótce potem Zbyszka F., wraz z kurierem zobaczyłem na zbiórce naszej sekcji kursu podoficerskiego. Nie powiedziano nam, kim jest towarzysz Zbyszka F., ja go oczywiście poznałem. I tym razem na zbiórce zachowali milczenie. Wówczas nie znałem ani nazwiska, ani pseudonimu naszego gościa z Anglii.

Poznałem je dopiero po wojnie. Był to Tadeusz Chciuk-Celt. Spotkałem się z nim dopiero po 47 latach - w 1991 r. w jego mieszkaniu w Niemczech pod Monachium. Odwiedziłem go przyjeżdżając z Senegalu na trzymiesięczny urlop w Europie. Tego samego roku spotkaliśmy się powtórnie we Wrocławiu, dokąd przybył także Władzio Ossowski - "król białych kurierów". On i Tadeusz Chciuk spotkali się po 51 latach.

Kurs podoficerski

Zimą i wiosną 1943 r. dawny zastęp "Żubrów" zbierał się jako sekcja piechoty w celu zapoznania się z rozkładaniem, czyszczeniem i składaniem broni palnej. Były to pistolety różnych marek: Vis, Parabellum, FN, Walter, pistolet maszynowy Steń. Szkolenie na tych zbiórkach prowadził Witold Sadkowski, niekiedy "Dada" - Tadeusz Iłłakowicz. Obiecywano nam, że w niedługim czasie rozpoczniemy systematyczny kurs podchorążych w NSZ, ale mijały miesiące, a przydziału nie było. Nastąpiło natomiast przejście Kompanii Harcerskiej z NSZ do NOW związanego z AK. Usłyszałem jako uzasadnienie, że po rozkazie Naczelnego Wodza, jako niezależni politycznie, powinniśmy pod względem wojskowym należeć do organizacji jemu podporządkowanej. Dla dawnych "Żubrów" zmiana ta miała ten dobry skutek, że od początku roku szkolnego 1943/44 staliśmy się sekcją kursu podoficerskiego. Cotygodniowe zbiórki odbywały się w mieszkaniu Andrzeja Małachowskiego na Ochocie. Prowadził je instruktor przydzielony przez NOW. Nie znaliśmy ani nazwisk, ani pseudonimów, ani stopni wojskowych swoich przełożonych. Podczas meldowania się mówiono: "Dowódco!", a nie np. "Panie Poruczniku!" Każdemu też został przydzielony numer w NOW. Oprócz podręcznika "Regulamin piechoty", "pomoc naukową" stanowił dużych rozmiarów stół plastyczny. Był to rodzaj ogromnej stolnicy wysypanej piaskiem, pozwalającym zmieniać ukształtowanie rzeźby terenu oraz zaznaczać na nim drogi, rzeki, zarośla, zabudowania, itd. Była to jakby wypukła mapa - plan. Kurs trwał przez cały rok szkolny. Zapoznawaliśmy się nie tylko teoretycznie i praktycznie z wiedzą i umiejętnościami wojskowymi, ale starano się wyrabiać w nas również właściwą postawę. Już zbiórki i ćwiczenia harcerskie zaprawiały nas do zdyscyplinowania, ale na zbiórkach wojskowych dyscyplina była jeszcze silniejsza. W razie alarmu systemem łańcuchowym należało pod jakimkolwiek pretekstem opuścić nawet szkołę, czy imieninowe przyjęcie. Nic też nie usprawiedliwiało spóźnienia. Pamiętam, że gdy dwa, lub trzy razy spóźniłem się na zbiórkę wojskową, za pierwszym razem musiałem meldować się nazajutrz o 5-tej rano pod wskazanym adresem, przynosząc spakowany w paczce ekwipunek polowy, a za drugim - zameldować się u przełożonego, który w wyznaczonych trzydziestu minutach miał przejść określonym odcinkiem ulicy, bardzo odległym od miejsca mego zamieszkania.

Egzamin na zakończenie kursu odbyt się w czerwcu 1944, przed komisją kilku oficerów z NOW. Andrzejowi Małachowskiemu przyznano stopień kaprala, a pozostałym - starszych strzelców.

Chyba już po tym egzaminie Kamil Braun przyłączył się do jakiejś zbrojnej akcji, w której zginął.11Patrz przypis 4.(Red.)

Kurs podharcmistrzowski

Zbiórki kursu podharcmistrzowskiego rozpoczęły się również z początkiem roku szkolnego 1943/44. Odbywały się w mieszkaniu mego wujostwa przy ul. Elektoralnej w pobliżu pl. Bankowego. Jeżeli mnie pamięć nie myli, również raz w tygodniu. Pod koniec był wyjazd w teren, do Świdra pod Warszawą. Kurs zakończył się w lipcu 1944. Próba przed komisją była wyznaczona na niedzielę 30-go lipca. Odbyła się w jakimś mieszkaniu na Mokotowie. Stopień "phm" został mi przyznany podobnie jak innym, rozkazem Naczelnika HP, odczytanym przed frontem Kompanii Harcerskiej już podczas walk powstańczych na Woli.

Wybuch Powstania

Pierwszy alarm wzywający do koncentracji miał miejsce w tygodniu poprzedzającym niedzielę 30-go lipca 1944 r. Do naszego mieszkania na Senatorskiej 28/30 przybył ok. godz. 15-tej Michał Mirski, przynosząc tę wiadomość. Mieliśmy przed 20-tą (jeżeli mnie pamięć nie myli) zebrać się pod wskazanym adresem (był to chyba dom przy Siennej). Powiadomiłem natychmiast brata Stanisława i wyszedłem, by powiadomić następnego druha w ogniwie łańcucha alarmowego. Przed godz. 20-tą Kompania Harcerska zebrała się na wyznaczonym miejscu, którym okazała się szkoła. Było nas kilkudziesięciu, nie wiedziałem dokładnie ilu. Zastanawiałem się, jak to się stało, że taka grupa rosłych chłopców zbierająca się w szkole pod koniec dnia w czasie wakacji, nie zwróciła na siebie uwagi. Zapadał mrok. Siedzieliśmy w ławkach szkolnych w kilku pomieszczeniach klasowych, nie rozmawiając. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że w sąsiedniej klasie dowódca Kompanii zebrał na odprawę dowódców plutonów. Przez uchylone drzwi nasłuchiwałem przyciszonych głosów. Zastanawiali się nad najlepszym rozwiązaniem w razie zaatakowania nas przez Niemców z rozmaitych kierunków. Z domu było wyjście na dwie przeciwległe ulice. Dochodzili do wniosku, że najlepszym rozwiązaniem będzie nie wycofywanie się, lecz obrona na miejscu. Byłem zły -czym mamy się bronić? Wcześniej bowiem doliczyli się, że mamy dwa Steny (pistolety maszynowe), pewną ilość pistoletów krótkich i trochę granatów. To było całym uzbrojeniem kilkudziesięciu ludzi (!), większość była z gołymi rękoma! Jak można zaczynać Powstanie z takim uzbrojeniem? Wymieniona ilość broni pokrywała się z ilością broni posiadanej przez Kompanię Harcerską w dniu 1-go sierpnia. Naczelnik HP hm Witold Sawicki pisał po wojnie w swoich wspomnieniach: "W chwili rozpoczęcia Powstania Kompania Harcerska posiadała dwa pistolety maszynowe z małą ilością amunicji i dziesiątkę pistoletów - kilka większego kalibru ("9-tki") i kilka mniejszego - tzw. "5-tki" (6,35). Nie było ani jednego karabinu, nie mówiąc już o karabinach maszynowych."12W. Sawicki, Ołtarze, pamiętnik z Powstania Warszawskiego, 1944, s. 25. (Red.)

Przesiedzieliśmy w ciszy całą noc. Nad ranem dowództwo doszło do wniosku, że dalsze przebywanie w tej szkole grozi dekonspiracją. Opuściliśmy więc pojedynczo szkołę i przeszliśmy na Senatorską 28/30, naprzeciw kościoła św. Antoniego, gdzie na trzecim piętrze przy schronisku RGO dla wysiedlonych i uchodźców mieściła się bursa dla uczącej się młodzieży. Podczas wakacji letnich bursa była oczywiście pusta. Przy tym schronisku mój ojciec, a potem moja mama, jako inspektorka kuchenna RGO, mieli służbowe mieszkanie: pokój z kuchnią oraz wspólną z sąsiadami łazienkę. Przypuszczam, że to nowe miejsce koncentracji zasugerował hm. Kazimierz Burmajster, zastępca dowódcy 3-go plutonu, będący pracownikiem RGO. Moja mama postarała się o zorganizowanie posiłku. Około godz. 13-tej alarm został odwołany. Rozeszliśmy się szczęśliwie bez zdekonspirowania. Wcześniej, czy też krótko potem, Zbyszek Fallenbüchl, dowódca l-go plutonu, zarządził zbiórkę plutonu, czy też samej tylko 1-ej drużyny strzeleckiej, do której należałem, w jakimś mieszkaniu w pobliżu Pl. Zbawiciela, we wtorek l -go sierpnia.

Podczas pierwszej koncentracji myślałem, że to tylko my, związani z organizacją narodową, mamy gołe ręce, że inni są lepiej uzbrojeni. Niesłychanym był fakt, że owej nocy i przez następne przedpołudnie żołnierze AK całej Warszawy przesiedzieli na punktach koncentracyjnych i rozeszli się bez żadnej wpadki. Podczas drugiego alarmu, w dniu l-go sierpnia, na skutek zdekonspirowania, strzelanina w jednym miejscu zaczęła się dwie godziny wcześniej, niż to było zaplanowane i szybko ogarnęła całe miasto.

W niedzielę 30-go lipca, podczas próby na "phm", spotkałem druhów, którzy należeli do oddziałów wojskowych związanych z innymi organizacjami politycznymi i okazało się, że wiele z tych oddziałów miało uzbrojenie podobne do naszego. Nabrałem przekonania, że alarm został odwołany, bo dowództwo przekonało się, że nie mamy broni.

Gdy pierwszego sierpnia w południe przybyłem na zaplanowaną zbiórkę, Zbyszek Fallenbüchl powiadomił nas, że jest ogłoszony drugi alarm, i że tym razem kompania ma się zebrać w bursie RGO przy Senatorskiej w jak najkrótszym czasie. Idziemy tam pojedynczo. Mnie zlecił udanie się w okolice pl. Napoleona (nie pamiętam dokładnego adresu) i po podaniu umówionego hasła, zabranie ze znajdującego się tam schowka jednego Stena i przyniesienie go na Senatorską 28/30. Stena rozłożonego na części i owiniętego w gazetę w formie małej paczuszki, przekazałem Zbyszkowi F. w bursie RGO ok. godz. 14-tej. Chyba ok. godz. 15-tej zaczęła się strzelanina na mieście. Założyliśmy biało-czerwone opaski i rozbiegliśmy się po terenie całego schroniska i sąsiednich piętrach, by zapoznać się z terenem i rozstawić ubezpieczenia. Słychać było głosy mieszkańców: "O Boże! i u nas też już są!" Głosy wyrażały przerażenie. Polecono mi wyjście na strych i obserwowanie przez lornetkę i otwarte okno w dachu, co dzieje się w bliższej i dalszej okolicy. Dym unosił się już w różnych stronach nad domami. Zauważyłem biegnący w pobliskiej ulicy patrol sanitariuszek z pustymi noszami. Dochodził głos komunikatów rozlegający się ze szczekaczek (ulicznych głośników zainstalowanych przez Niemców dla propagandy): "Zarządzony został stan oblężenia na terenie miasta. Domy, z których strzela się na ulice będą zrównane z ziemią..."

Po pewnym czasie odebrano wszystkim kenkarty (dowody osobiste) i polecono mi zakopanie ich w naszej piwnicy.

Po zapadnięciu zmroku została zarządzona zbiórka na podwórzu domu. Mieliśmy opuścić zajmowane dotychczas miejsce. Zdążyłem jeszcze pożegnać się z mamą. Wyszliśmy w kierunku placu Bankowego. Po drodze z kilku kolegami i sanitariuszkami odprowadziłem dwu naszych rannych do pobliskiego Szpitala Maltańskiego. Potem dogoniliśmy całą grupę idącą Elektoralną w stronę Woli. Wyobraziłem sobie, że opuszczamy Warszawę. Byłem wściekły: "Po co było zaczynać Powstanie?" Czy nie lepiej było wyjść cichaczem, jeżeli nie mamy broni? Zatrzymaliśmy się jednak w okolicy Okopowej, czy też na samej Okopowej. Nie znałem tych stron i po ciemku trudno było się zorientować. Tu przydzielono mnie do kopania rowu przeciwczołgowego przy wznoszonej barykadzie. Ledwie zacząłem kopać, podbiegł do mnie ktoś ze słowami: "Panie, pan pewnie nie jadł kolacji! Chodź pan coś zjeść!" Rąk do kopania było więcej niż łopat, przekazałem więc swoją pierwszemu z brzegu i skorzystałem z gościnnego zaproszenia, bo kolacji rzeczywiście nie jedliśmy. Byłem przybity. Nie podzielałem ogólnego entuzjazmu kolegów. Nie wierzyłem w powodzenie Powstania.

Pod wpływem lektury książki Sołoniewicza; "Rosja w obozie koncentracyjnym", antykomunistycznych publikacji Henryka Glassa i czytywania "Szańca", byłem przekonany, że Sowieci ani odrobinę nam nie pomogą. Nie chcieliśmy być wyzwoleni przez Armię Czerwoną, ale przyjąć ją jako gospodarze. To oczywiście Stalinowi nie odpowiadało. Powstanie było więc militarnie wymierzone przeciw Niemcom, a politycznie przeciw Rosji. Czy można skutecznie walczyć na dwa fronty? Jak długo może wytrzymać Powstanie bez pomocy sił lądowych z zewnątrz? Gdy jednak w ciągu kilku dni Niemcy nie zdołali nas zdusić, zacząłem myśleć nieśmiało: a może się uda?

Drugiego, czy trzeciego dnia pobytu na Woli rozdano nam legitymacje AK, a mnie polecono wrócić na Senatorską 28/30 i przynieść z powrotem zakopane kenkarty, które zwrócono właścicielom. W domu widziałem się po raz ostatni z mamą. Razem z szesnastoletnią siostrą i sześcioletnim bratem, podobnie jak inni mieszkańcy, siedzieli w piwnicy. Mama poszła ze mną na trzecie piętro, by mi coś dać z naszego mieszkania. Dowiedziała się ode mnie, że zatrzymaliśmy się na Woli, co za kilka dni miało się stać dla nich przyczyną ogromnie bolesnego przeżycia.

Chyba w sobotę, 5-go sierpnia, Kompania Harcerska wraz z całym batalionem "Gustaw" przeszła na Stare Miasto. Oczywiście mama o tym nie wiedziała. W niedzielę 6 sierpnia, w święto Przemienienia Pańskiego, Niemcy wygarnęli ludność z domów przy ul. Senatorskiej na przeciw kościoła św. Antoniego i pognali przez Wolę poza Warszawę. Po drodze mijali ciała ogromnie wielu zabitych i popalonych, a także szeregi powstańców oczekujących rozstrzelania. W pewnej chwili mama krzyknęła do siostry: "Schyl się! Niech nas nie zobaczą!" Pomyślała, że możemy być wśród skazanych. Opisała mi to w liście po zakończeniu wojny. W dniach od 3-go do 6-go sierpnia 1944 r. Niemcy rozstrzelali lub żywcem spalili na Woli ponad 50 tysięcy Polaków !), (jak podaje "Ognisko Harcerskie", Londyn, lipiec-wrzesień 2000, s. 23, relacjonując poświęcenie placu, pomnika i tablic pamiątkowych Męczenników warszawskiej Woli).

W niedzielę 6 sierpnia, po mszy św. w kościele Garnizonowym przy ul. Długiej, oddziały powstańcze Starego Miasta, nie pełniące służby na wyznaczonych odcinkach obrony, przemaszerowały w defiladzie. Nie wiedzieli, do jakiego stopnia w tych dniach Wola spłynęła krwią. Żyli nadzieją.

Walki na Starym Mieście trwały do końca sierpnia. Po nieudanej próbie przebicia się górą do Śródmieścia nocą z 30-go na 31 sierpnia, załoga Starego Miasta wycofała się do Śródmieścia kanałami nocą z l-go na 2-gi września. Kilka dni wcześniej przeszedłem do Śródmieścia kanałami w kolumnie lekko rannych. Nie wiedziałem wówczas, że było to związane z zamierzonym planem opuszczenia tej dzielnicy. Gdy dowiedziałem się, że cała Kompania Harcerska przybyła do Śródmieścia, opuściłem dom dla rekonwalescentów przy ul. Tamka i dołączyłem do niej.

Wieczorem 5-go września na naszą kwaterę mieszczącą się przy Mazowieckiej (czy też Czackiego?), przybyła w wielkim pośpiechu jedna z głównych sanitariuszek batalionu "Gustaw", przynosząc wiadomość o śmierci Andrzeja Małachowskiego i ciężko rannym Staszku Dobrowolskim. Staszek miał być zaraz przeniesiony na drugą stronę Alej Jerozolimskich do Śródmieścia Południe, dzielnicy wówczas nie atakowanej przez Niemców. Natychmiast udałem się z nią do rannego Staszka. Leżał na noszach. Musiał bardzo cierpieć, bo jęczał. Podobno dostał postrzał w pobliżu kręgosłupa. Dowiedziałem się, że Andrzej i Staszek przebiegali przez ul. Nowy Świat. Zrozumiałem, że za zasłoną niskiej barykady, Andrzej został zabity, a Staszek ranny.13Z Andrzejem Małachowskim i Staszkiem Dobrowolskim przebiegała wzdłuż tej barykady także Teresa Małachowska, siostra Andrzeja. Nic się jednak jej nie stało.(Red.) Do niesienia noszy ze Staszkiem przydzielono czterech jeńców niemieckich. W poprzek Alej Jerozolimskich był wykopany płytki rów, z jednej strony osłonięty niską barykadą. Musieliśmy czekać w kolejce na przejście tym rowem. Rannego Staszka zostawiliśmy w jakimś szpitalu polowym Śródmieścia Południe i zaraz tą samą drogą wróciłem z ową sanitariuszką na kwaterę kompanii. Pamiętam, że budziła się we mnie pokusa postarania się o pozostanie w Śródmieściu Południe, bo tam było spokojniej, a byłem już lekko ranny w głowę (jeszcze na Starym Mieście) przy wybuchu tego samego pocisku, który śmiertelnie zranił Witolda Sadkowskiego. Nie mogąc nałożyć hełmu i przy małej ilości broni, pełniłem jedynie służbę porządkową na kwaterze kompanii.

Wkrótce zostałem powtórnie ranny w głowę, tym razem gruzem od wybuchu bomby lotniczej. Straciłem przytomność. Gdy ją odzyskałem, nie mogłem sobie przypomnieć, niczego, co zaszło w tym dniu. Uprzytomniłem sobie tylko, że jest noc, że leżę ranny na tapczanie w jakiejś piwnicy, otoczony przez zdrowych kolegów. Powtórnie straciłem przytomność. Obudziły mnie nad ranem dwie dziewczyny. Pytały, czy mogę chodzić. Zdałem sobie sprawę, że głowę mam tak obandażowaną, że mogę patrzeć tylko jednym okiem. Wyprowadziły mnie z piwnicy i schylając się pod obstrzałem, skierowaliśmy się do placu Napoleona. Później już ktoś inny przeprowadził mnie do Śródmieścia Południe. Przy pierwszej zmianie opatrunku dowiedziałem się, że oko nie jest uszkodzone, choć niewiele brakowało. Przedziwna jest opieka Opatrzności. Do końca Powstania przebywałem w kilku kolejnych szpitalach Śródmieścia Południe, lecząc poranioną twarz, głowę, a zwłaszcza najbliższe okolice oka.

Ostatni z nich mieścił się w budynku przy Wilczej, w którym zamieszkiwał Zbyszek Fallenbüchl i jego rodzina.

Ze Zbyszkiem rozmawialiśmy o ewentualności prowadzenia konspiracyjnej pracy harcerskiej po zajęciu Polski przez Armię Czerwoną.

Modlitwa HP

Boże Ojców naszych, błogosław Ojczyźnie naszej. Błagamy Ciebie przez Chrystusa i Matkę Najświętszą, szczególną Patronkę naszą, daj Narodowi Polskiemu co rychlej zwycięstwo, a nam przebacz grzechy nasze i daj łaskę współdziałania w budowaniu Polski Chrystusowej. Błogosław Boże wszystkim siostrom i braciom naszym. Tych, którzy polegli lub zmarli dla Ciebie i Polski przyjm do Swej Chwały i usłysz ich prośby za nami, a w szczególności za Druha Stanisława Sedlaczka. Strzeż od złego tych, którymi kierujemy, tych zaś, którzy nami kierują i rządzą, wspieraj w sprawach doczesnych, chroń ich w złej przygodzie, a nade wszystko daj im łaskę Twą potrzebną do zbawienia własnego i doprowadzenia nas, tu na ziemi, ku Wielkiej Polsce, a poprzez Polskę Chrystusową, ku Tobie w wieczności. Amen.